WELCOME MESSAGE

In fact, if there were such a thing as an international thieving contest, Ankh-Morpork would bring home the trophy and probably everyone's wallets.

LAST ARTICLES

Sny istnieją Na granicy postrzegania, wymykają się kontroli, kształtują nas, tak jak i my czasem kształtujemy je w jakimś stopniu. Gdy ktoś życzy komuś, by spełniły się jego wszystkie sny, tak naprawdę nie wie, o czym mówi. Powinien najpierw przeżyć parę minut w którymś ze swoich snów. Przeżyć. To dobre słowo.

Wolni Ciut Ludzie to książka o snach, ale także o czarownictwie, krasnalowych piktach, elfach, potędze rzeczywistości o całkiem sporej ilości rzeczy, tak ogólnie. I różni, bardzo się różni od reszty Dysku. Jakby Dysk spadł i odbił się kolanami od dołu, po czym wzleciał na niebotyczną wysokość. To podobno literatura dla młodszego czytelnika akurat! Przecież to Pratchett!

Tiffany Obolała jest dobrym zadatkiem na wiedźmę. Ma Pierwsze, Drugie, a nawet Trzecie Myśli. Tego nie spodziewa się po niej nawet Królowa krainy baśni. Kiedy Królowa porywa jej młodszego brata, którego Tiffany tak naprawdę wcale nie lubi, ale musi uratować ze względów wyższych, na pewno pomogą jej w tym jej umiejętności, trzeźwa ocena i banda wojowniczych ludzików, nazywającymi siebie Wolnymi Ciut Ludźmi. Których nota bene wygnano z krainy baśni za rozróby i pijaństwo a może oni sami odeszli, nie mogąc już znieść niesprawiedliwości. Ludzie różnie mówią.

Nac Mac Feegle to rzeczywiście mocny punkt książki. To zadziorne, kochające alkohol i bójki krasnale, a raczej piktale, które niczego, absolutnie niczego się nie boją, zawsze wiedzą, gdzie są i zawsze wygrywają, biorąc za swój cel największego przeciwnika. Boją się tylko prawników i dokumentów, które oni noszą ale teraz mają własnego prawnika, więc nie ma strachu ani bidy, łojzicku.

Polubiłam Tiffany. To dziewczyna mocno stojąca na nogach w realnym świecie, jak to często bywa na farmach. Jest mądra, aż nad wiek mądra, ale Pratchett lubi takich młodych ludzi, zwłaszcza dziewczyny. I chwała mu za to, ze nie robi z dzieciaków niezguł, które myślą, jakby miały worek siana zamiast mózgu.

Piękna jest ta opowieść. Zwłaszcza historia Babci Obolałej, ta jest najpiękniejsza ze wszystkich. Te drobne wtręty, pisane kursywą, to najlepsza część książki, taka nostalgiczna i swojska, ja sama poczułam się, jakby Babcia Obolała stała za mną i mnie pilnowała, a raczej pilnowała mojego życia, wraz z dwoma psami pasterskimi.

Tylko jedna rzecz. Po Panach i damach wyrobiłam sobie jakże pochlebny ogląd elfów pratchettowskich. Te elfy, w Wolnych Ciut Ludziach to nie te same elfy. To bajkowa, senna kraina, a dla mnie elfy powinny być panami wszystkich, żądnymi władzy i dobrej zabawy kosztem ludzi draniami. Królowa ratuje (trochę! minimalnie!) cały mój stosunek do elfów z tej książki, ale i tak to nie ta sama królowa, która poznałam wcześniej. Oj, bida, bida. Ale i tak zdania o elfach nie zmieniam, wszak sama nim jestem.

Fajnie, że Pratchett wspomniał o Babci Weatherwax i Niani Ogg. I fajnie, że Tiffany będzie miała z nimi później do czynienia. Bo Babcia i Niania to moje ukochane postaci i tylko będę czekać na dalsze ich losy.

Czy ktokolwiek zauważył podobieństwo do filmu Labirynt? Bo ja bardzo bardzo. Ale to ja, zaświstana na punkcie Labiryntu fanka króla goblinów.

Podoba mi się w niepokojący sposób idea świata drom. Stary świat, zalany czerwonym światłem, morze, kości krabów to JEST piękne, ale piękne w sposób świata Jadis z Narnii.

Książka poważniejsza, bo późniejszy Pratchett, nie ma tak dużo humoru, jest za to dużo hmm, ponurości? strachu? Tak, tak. Ale to bardzo dobrze, ten cykl jest inny od pozostałych. Jest lekki, ale jednocześnie ciężki. I tak ma być. Jest dojrzalszy.