WELCOME MESSAGE

In fact, if there were such a thing as an international thieving contest, Ankh-Morpork would bring home the trophy and probably everyone's wallets.

LAST ARTICLES

– Rychłoż się zejdziem znów?
Cisza. Tylko jakiś nieszczęsny świerszcz próbował grać, jednak dał sobie spokój, wyczuwając, że sytuacja jest stanowczo nieodpowiednia.
– Gytho. Uprzejmość nakazuje…
– Cicho!
– Magrat, podaj…
– Ah…!
– Pytałam się, czy RYCHŁOŻ…
– Esme, jakaś nowa jest w pobliżu.
– Tak, wiem, Gytho – Babcia Weatherwax uniosła dumnie podbródek, który i tak zawsze był dumnie uniesiony. – A teraz pieczmy te grzanki, dopóki się jeszcze da. Deszcz pada coraz gęściej. Sądząc po waszym zachowaniu, niedługo będziemy używać porządnej głowologii.
Niania Ogg zmrużyła oczy i uśmiechnęła się promiennie.
– Wiesz, że po lesie chodzi sobie jakaś…niezrzeszona czarownica? Może zaprosimy ją na sabat? W sumie tam, gdzie trzy, mogą się zmieścić i cztery. Dałabym jej tego ziołowego wina, które przywieziono z zagranicy. Albo byśmy zwolniły Magrat od obowiązku podawania polewki i byśmy zatrudniły tę nową…albo…
– Sama mówiłaś wielokrotnie, że do sabatu najlepsze są trzy czarownice – powiedziała urażona Magrat.
– Ale ta ma silną moc – powiedziała z uśmiechem niania Ogg. – Wiesz, ile mogłybyśmy ją nauczyć?
– Albo ona was – mruknęła Magrat i poprawiła naszyjnik z tanich amuletów, który dawał jej ochronę przed…wszystkim właściwie.
Magrat czuła tę nową czarownicę całą sobą. Ale czuła też, że nie należy do tego miejsca, jakby była oderwana od rzeczywistości. Co prawdopodobnie było prawdą, skoro chodziła po lesie w taką noc. Babcia i niania miały dziwny pomysł na robienie sabatu w środku coraz groźniej zapowiadającego się deszczu.
– …i wiesz, taka wielka magiczna łania, która ma kolor w przybliżeniu błękitny i ukazuje się tylko potomkom.
– Łania? – dopiero teraz Magrat zorientowała się, że niania cały czas mówi.
– Nie, zaraz, to był bóbr – niania zamyśliła się z palcem na krągłym policzku. – Albo zając? W każdym razie eteralne zwierzę.
– Eteryczne.
– Eteralne – niania smakowała to słowo na końcu języka. – I ono, to eteralne zwierzę ją do nas zaprowadzi, a my jej zrobimy grzankę.
– Ty jej zrobisz, Gytho – powiedziałą cierpko Babcia Weatherwax – Kolana mi drętwieją od siedzenia z wami. Chciałabym wiedzieć, czy rychło…
Nikt nie przerywa Esmeraldzie Weatherwax częściej niż kilka razy pod rząd. Albo jeden raz pod rząd, jeśli nie jest czarownicą. Jednak osoba, która wpadła między trzy wiedźmy była stanowczo daleka od wyglądania na czarownicę. Po pierwsze była cała mokra, choć to niewiele mówiło – Magrat wyglądała jak zmokła kura, a czarownicą była. Poza tym była w jakimś dziwacznym stroju, którego nigdy, powtarzam nigdy, nie ubrałaby szanująca się czarownica, która choć trochę dba o wiedźmowatość ogólną. Po trzecie była bardzo młoda i roztrzęsiona, a czarownice nigdy nie mają dwunastu lat i nie trzęsą się jak galareta Shawna Ogga, który nie potrafił zakupić odpowiednich składników.
– Gdzie…gdzie… – dziewczyna rzucała na boki wystraszone spojrzenia. Jej wzrok padł na Babcię i jej spojrzenie, zogniskowawszy się na jej kapeluszu, zaczęło wyprawiac istne harce ze źrenicą.
– Spokojnie, dziewczyno – powiedziała Babcia.
– My się tobą zajmiemy – wyszczerzyła zęby niania Ogg, zjawiając się nagle i bezszelestnie tuż obok nowo przybyłej. Ta pisnęła lekko, ale zaczynała jakoś odzyskiwać odwagę, gdyż wyciągnęła w ich kierunku kawałek pogiętego patyka i zaczęła nim potrząsać. Choć może to nie wynikało z odwagi, tylko z niewiedzy.
– Co to? – zainteresowała się niania. – Na tym daleko nie zalecisz. Znam się na tym. Po prostu się nie zmieścisz.
– To…to nie jest miotła…! – wykrzyknęła dziewczyna i znów zamachała patykiem. – Kim jesteście? Jak się tu znalazłam?
– Prawdopodobnie lasem, na piechotkę – powiedziała przyjaźnie niania. – Wiesz, może jesteśmy do bólu stetryczałymi babkami, ale wydajesz mi się być czymś, co w przybliżeniu można nazwać…czarownicą?
– Tak…? A wy? Wy jesteście sprzedającymi gałki oczne wiedźmami? Złymi wiedźmami?
– Czy złymi… – niania zastanowiła się. – Jeśli nadepniesz Esme na odcisk…ale chyba nawet wtedy nie można ją nazwać złą…
– Daj spokój, Gytho, nie widzisz, że ta dziewczyna ledwo języka nie połknie ze strachu? – Babcia wstała. – Nie wiesz gdzie jesteś, tak?
– Nie wiem! Byłam w szkole…aż nagle…błysk światła i okropna ciemność…powiedziałam przedtem Davidowi, że, że…chciałabym spotkać najpotężniejszą czarownicę na świecie, ale…ale przecież jesteście złymi wiedźmami!
– Powtarzasz się, dziecko – cmoknęła niania. – Magrat, migiem dawaj kocyk, musimy ją ogrzać, bo się nam rozchoruje.
Magrat patrzyła jak urzeczona na dziewczynę. Podobał jej się strój, który wyrażał czystą elegancję. Zwłaszcza żółte obramowania blezerka, który młódka nosiła. Sama by chciała taki posiadać, ale materiał musiał kosztować fortunę.
Już chciała zarzucić niewielki ale ciepły koc na ramiona domniemanej czarownicy, kiedy dziewczyna wykrzyknęła jakieś nieznane słowo i z patyka wytrysnęło żółte światło, nie robiąc praktycznie nic. Dziewczyna spojrzała na patyk, potem na trzy wiedźmy, po czym, rachując swoje szanse, uciekła czym prędzej z powrotem w las.
Czarownice siedziały w absolutnej ciszy, nie zwracając uwagi na to, że deszcz pada im na głowy, a grzanki rozmakają nad ogniskiem.
Ciszę przerwała niania.
– Ale, przyznajcie. Dziwna była, nie?